Tabletki poronne Forum Wasze doświadczenia Miesiąc z życia wycięty

Temat zawiera 1 odpowiedź, i ma 1 odpowiedź, ostatnio zaktualizowany przez  Gabi 6 miesięcy temu.

Oglądasz 2 wpisy - 1 z 2 (wszystkich: 2)
  • Autor
    Wpisy
  • #16189 Odpowiedź

    claudine

    Ostatnia miesiączka 27.03.
    Ciążę zaczęłam podejrzewać w Wielką Sobotę (20.04). W Wielkanoc byłam już pewna na 99%. Odrzuciło mnie od świątecznego śniadania i cały dzień przespałam. W Lany Poniedziałek zrobiłam test – wynik pozytywny. Wtorek rano – również pozytywny. Myślę sobie: Nie mogę zostać ponownie matką. Mam już małe dziecko, wychowuję je samotnie. Mam plany zawodowe, nie mogę tego zaprzepaścić. Decyzja zapadła szybko!
    Zamówiłam wieczorem tabletki, przyszły w czwartek.

    Pierwsza kuracja:

    Sobota, 27.04, 7:00 – Mifepristone.
    8:30 lekko pobolewało mnie podbrzusze, ale trwało to może z 15 minut. Cały dzień w pracy, było ok. O 19:00 różowy śluz, ale tylko trochę. Noc w porządku.
    Niedziela, 28.04, 7:00 – 4x Misoprostol. Rozpuścił się w 20 minut. Czuję smak kredy. Zaczyna mnie suszyć, boleć gardło i buzia. Leżę, czekam. Nic… lekkie dreszcze.
    11:00 – druga dawka. Buzia boli coraz bardziej, język drętwieje, zaczynam czuć podbrzusze. Dreszcze coraz większe. Krwawienia brak. Jem obiad, ciągle piję wodę, leżę i oglądam Teorię wielkiego podrywu.
    15:00 – ostatnia dawka. Temperatura 37,8. Trzęsie mną. Zasypiam z zimna. Budzę się o 16:20, idę siku. Leci krew, wypada skrzep wielkości kciuka. Tyle. Koniec.
    19:00 – idę pod prysznic, nie krwawię.
    Żadnych wymiotów, żadnej biegunki, dosłownie nic.

    Poniedziałek 29.04
    Lekko plamię – dosłownie 3 kropelki. Piersi obrzmiałe. Już czuję, że coś poszło nie tak. Ale czekam. Tabletki działają do 48h. Mam nadzieję.

    Wtorek.
    Wstaję i czuję się jak nowonarodzona. Piersi nie bolą, mdłości zniknęły, wypijam kawę bez odruchu wymiotnego. Plamię. Myślę sobie: UDAŁO SIĘ! Przeszłam przez to delikatnie, bo to przecież początek 5 tygodnia. Zrobiłam badanie krwi. Beta 5400.

    Czwartek.
    Znowu mi słabo, ale jadę na drugą betę i do pracy. Lekko plamię.

    Piątek 03.05
    Odbieram betę. Liczę na spadek, ale… 9990! Świat runął mi na łeb. Jak to?! Miało się udać! 98%. Nie wierzę!!! Idę od razu na izbę przyjęć ginekologii. Pokazuję wyniki bety. Mówię, ze mam bóle i plamienia. Lekarz mnie bada, szyjka zamknięta. Robi USG. W macicy pęcherzyk ciążowy, 5/6 tydzień ciąży. Dostałam receptę na Duphaston i zalecenia odpoczynku. Kontrola u swojego ginekologa. Idę do samochodu, łzy cisną się same. Jestem załamana!!! Zamawiam kolejny zestaw. Paczka na wtorek. Ciagle plamię.

    Druga kuracja:

    Wtorek 07.05.
    Nie potrafię wstać, nie mogę się obudzić. Kreci mi się w głowie. O 11:00 jem banana. Tylko to jestem w stanie w siebie wcisnąć. Od razu go zwracam. Wiem jedno – że nie chcę tak się czuć!!!
    Czekam na kuriera z niecierpliwością. Przyjeżdża o 15:00. Idę siku, krwawię… boli mnie brzuch. Mifepristone biorę o 21:00. Idę spać.

    Środa 08.05
    Samopoczucie lepsze, lekko krwawię. Modlę się, żeby przetrwać do końca pracy. Tabletki mam zażywać co 3 godziny, żeby druga kuracja przebiegła pomyślnie (zaplanowałam na 21:00, 0:00 i 3:00). Kończę 6 tydzień ciąży.
    Przyjeżdżam do domu, 4x Misoprostol pod język o 21:25. Już po 15 minutach zaczynam mieć okropne dreszcze. Trzepie mną strasznie. Polarowa piżama, misiowy szlafrok, kołdra. Nie potrafię opanować drgawek. Boli mnie gardło, buzia, łamie w krzyżach. Idą skurcze. Boli, ale do zniesienia.
    Przed północą idę siku. Krew leci ciurkiem i nagle CHLUST! Wypada coś wielkości jajka. Krew leci, jakbym siusiała. Wszystko mnie boli, jelita pracują. Myśle, ze zaraz dostanę biegunki. Ale nie. Jest ok. Choć czuję, jakbym była w agonii.
    00:25 – druga dawka. Siku, krew nadal leci. Podpaska do zmiany. Skurcze od pleców. Szukam czegoś przeciwbólowego. Nie mam. Przeżyję bez. Leżę, oglądam serial.
    2:05 – silny skurcz. Idę do toalety. Znowu… CHLUST!!! Kolejne oślizgłe „jajko”. Krew jak po „świniobiciu”. Zaczynam się martwić, ze tracę jej za dużo. Kładę się, nie ma bólu, dreszczy, jest ulga. Zasypiam. Budzik na 3:25.
    Biorę tabletki i przysypiam. O 5:00 budzi mnie parcie na pęcherz. Wstaję z łóżka, krew wylewa się ze mnie silnym strumieniem. Cała podłoga z sypialni do toalety wyglada co najmniej jak z miejsca zbrodni. Przebieram się, sprzątam, włączam pralkę i idę spać.
    Wstaję o 7:00. Dostaję biegunki. Krew jak przy okresie. Około 17:00 przestaje lecieć. Lekkie plamienie.

    Po 3 dniach od kuracji krwawiłam mocniej, zaczęłam wydalać resztki ciążowej tkanki – macica się oczyszczała. Tak, jak podczas okresu. Piersi robiły się miękkie, mdłości ustały, nie byłam senna.

    Równy tydzień po kuracji poczułam się gorzej. Byłam bardzo osłabiona. Po drzemce dostałam silnych skurczy. Ból był straszny. Nagle krwotok. Usiadłam na toalecie – jakby ktoś odkręcił kran. Chciałam położyć się na podłodze i zwinąć w kłębek. W ciągu godziny zużyłam dwie podpaski. Poszłam pod prysznic, krew leciała mi po nogach dobre 5 minut. Wypadł ze mnie spory skrzep, po tym wszystko ustało. Krwawienie słabsze.

    Niedziela 19.05
    Nie krwawiłam już w ogóle. Skurcze w macicy czułam cały czas. Dostałam mdłości, zalewały mnie fale gorąca. Po tym zimne dreszcze. Myśle sobie: nie udało się znowu. Paranoja! W nocy obudziłam się cała mokra, dreszcze okropne. Znowu świeża krew i duży skrzep. Później wszystko ustało.

    Poniedziałek 20.05
    Wariuję! Muszę zrobić badanie krwi, bo oszaleję. Wynik online o 20:00. Kupiłam test – czułam, ze wyjdzie pozytywny. Nie pomyliłam się.
    No, kur… !!! Jak to? Zawiodła tabletka PO, zawiodła pierwsza kuracja. Zawiodła tez druga? Szukam „wycieczki na Słowację” … liczę hajs. Nie ogarnę. Wyję całe południe. Tłumaczę sobie, ze po tym, co ze mnie wyszło, nie jest możliwe, abym nadal była w ciąży. Jednak podświadomość bywa okrutna i robi swoje…
    17:00 są wyniki. Beta wynosi 2113, czyli jej poziom wskazuje na 3-5 tydzień ciąży (wg norm mojego laboratorium). Byłabym już w 8, więc jest DOBRZE. Zapisałam się do ginekologa. Wizyta 11.06.

    Dzisiaj mijają dwa tygodnie od kuracji. Może jeszcze powtórzę krew. Na razie ustąpiło wszystko. Jedynie lekko krwawię. Czasem z małymi skrzepami bądź „nitkami”. Fizycznie czuję się bardzo dobrze. Jednak psychicznie nie do końca.
    Patrzę na to moje maleństwo i gryzą mnie trochę wyrzuty sumienia. Zawsze pragnęłam dla Niej rodzeństwa. I to właśnie z Jej ojcem. Ale on nie jest odpowiednią osobą do tej roli. Wiem, ze byłabym znowu sama. Rozczarowałabym całą rodzinę.
    Decyzji tej nie cofnęłabym. Nie żałuję tego. Jednak muszę żyć z tym nieetycznym czynem do końca życia. To moja karma.

    #16238 Odpowiedź

    Gabi

    Hej,ja tez jestem po u lekarza jeszcze nie była,ale wiem ze sie udało bo widziałam to co miało ze mnie wyleciec.Obecnie jestem mama dwujki dzieci i tez nie mogłam pozwolić sobie na kolejne u mnie niestety zabezpieczenia zawiodły.
    Psychicznie czuje się okropnie i czy czas o tym myślę,ale mam dopiero 21 lat i 3 miesiące temu urodziłam córeczkę…

Oglądasz 2 wpisy - 1 z 2 (wszystkich: 2)
Odpowiedz na: Miesiąc z życia wycięty
Twoje dane:




START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH